I – Calamity
In the village of Osturňa, the land stretched flat in every direction, broken by neither hill nor valley. Yet the land was scarcely fertile enough to grow grass for cattle, let alone potatoes or onions. Still, the villagers farmed their long, narrow plots, rising before the first light to tend their flocks, and toiling until sundown. Life had always been hard, yet they endured, as their fathers had before.
When spring arrived, they planted the vegetables that would sustain them through the year. Tall grasses and wildflowers sprang up in the pastures. After such a cold winter, the brilliant sun filled the people with hope.
Yet the rains, normally abundant this time of year, refused to fall. The earth grew dry, and the cattle wandered to the forest’s edge in search of grass. A few cows that strayed into the woods were never seen again. It was said that they were claimed by Veles, and that was enough.
Two months after planting, the rains still had not come, even as the sun grew hotter each day. Potato sprouts shriveled in the relentless heat. The land turned barren, leaving only the toughest, most inedible plants—food fit only for goats.
“Perun,” the villagers called, “our fields are dry, the roots are withering, and the cattle have no grass! Send rain—we beseech thee!”
In Osturňa, when dogs eat grass, rain will come. That day, the dogs began to gnaw at the stubble along the road. By evening, clouds gathered, and rain began to fall—a light mist, then a heavy downpour. The people cheered and danced around Perun’s statue, praising his name.
But then something happened—or rather, did not happen: the rains failed to stop.
For an entire moon cycle, the rains fell harder each day. The fields became muddy traps for unwary cows and sheep. Potatoes and onions rotted in the ground; cabbage and cucumbers blackened in the fields. The grasses and wildflowers lay flat in the mud, yellowing. There would be little to eat that winter.
Among those who worried for their future was a man named Homza. One evening, he spoke softly to his wife, careful not to wake the children sleeping beside them.
“Hanka, I am defeated. We asked Perun for a good harvest. He gave us sun enough to wither our crops, and then rain enough to turn the fields to mud. We must try another way.”
Homza hesitated.
“Let us instead ask Veles for help.”
His wife, mending trousers near the stove, paused and glanced nervously at him. She knew of Veles’s trickery and the danger in her husband’s words. Yet she was as desperate as the others.
“Can he do us more harm than Perun already has?” she said quietly. “Husband, we have three potatoes and a cabbage left. The children are hungry, and the sheep are near death. I am losing hope.”
She tried to smile, but her lip trembled.
“I will speak with the other men,” Homza said. “We shall go to the edge of the forest and ask Veles for help. If he agrees, perhaps we can save the village.”
“Husband, the Závadkys, the Harabins, the Drugáčs,” she added, “they are all in the same predicament as we are. We must do something.”
Forcing a confident smile, Homza grabbed his hat and coat from the hook, swapped his slippers for boots in the šina, and headed to the krčma, where the men were already gathering.
I – Katastrofa
V dedine Osturňa sa krajina rozprestierala do všetkých strán úplne rovná, bez jediného kopca či údolia. Pôda bola sotva natoľko úrodná, aby na nej rástla tráva pre dobytok, nieto ešte zemiaky alebo cibuľa. Napriek tomu dedinčania obrábali svoje dlhé, úzke políčka, vstávali ešte pred svitaním, aby sa starali o svoje stáda, a tvrdo pracovali až do západu slnka. Život bol vždy ťažký, no oni to zvládali – tak ako predtým ich otcovia.
Keď prišla jar, zasadili zeleninu, ktorá ich mala živiť po celý rok. Na pastvinách vyrástla vysoká tráva a divoké kvety. Po takej studenej zime naplnilo jasné slnko ľudí nádejou.
Napriek tomu dažde, ktoré v tomto období zvyčajne bývali hojné, neprichádzali. Zem vyschla a dobytok sa potuloval na okraji lesa pri hľadaní trávy. Niekoľko kráv, ktoré zablúdili do lesa, už nikto nikdy nevidel. Hovorilo sa, že si ich vzal Veles, a to ľuďom stačilo.
Dva mesiace po výsadbe stále nepršalo, hoci slnko každým dňom pálilo čoraz viac. Klíčky zemiakov v neúprosnom teple uschli. Pôda spustla a zostali na nej len tie najodolnejšie, najnepožívateľnejšie rastliny – potrava vhodná pre kozy.
„Perun,“ volali dedinčania, „naše polia sú suché, korene chradnú a dobytok nemá čo žrať! Pošli dážď – prosíme ťa!”
V Osturni, keď psy jedia trávu, príde dážď. V ten deň začali psy obhrýzať strnisko pozdĺž cesty. Do večera sa zbehli mraky a začal padať dážď – najskôr ľahká hmla, potom silná búrka. Ľudia jasali a tancovali okolo Perunovej sochy, oslavujúc jeho meno.
Ale potom sa niečo stalo – alebo skôr, nestalo: dážď neprestával.
Celý mesiac pršalo každý deň čoraz silnejšie. Polia sa zmenili na blátivé pasce pre neopatrné kravy a ovce. Zemiaky a cibuľa hnili v zemi; kapusta a uhorky na poliach sčerneli. Tráva a poľné kvety ležali zľahnuté v blate a žltli. Tú zimu nebude čo jesť.
Medzi tými, ktorí sa obávali o svoju budúcnosť, bol aj muž menom Homza. Jedného večera ticho prehovoril k svojej žene, aby nezobudil deti spiace vedľa nich.
„Hanka, som porazený. Prosili sme Peruna o dobrú úrodu. Dal nám toľko slnka, že nám uschli plodiny, a potom toľko dažďa, že polia sa rozmočili na blato. Musíme to skúsiť inak.“
Homza zaváhal.
„Požiadajme radšej o pomoc Velesa.“
Jeho žena, ktorá pri stole šila nohavice, sa zastavila a nervózne na neho pozrela. Vedela o Velesových úkladoch a o nebezpečenstve, ktoré sa skrývalo v slovách jej manžela. Napriek tomu bola rovnako zúfalá ako ostatní.
„Môže nám urobiť väčšie zlo, než nám už spôsobil Perun?“ povedala ticho. „Manžel, zostali nám tri zemiaky a jedna kapusta. Deti sú hladné a ovce sú na pokraji smrti. Strácam nádej.“
Snažila sa usmiať, ale pery sa jej triasli.
„Poradím sa s ostatnými mužmi,“ povedal Homza. „Pôjdeme na okraj lesa a požiadame Velesa o pomoc. Ak súhlasí, možno sa nám podarí zachrániť dedinu.“
„Manžel, Závadkovci aj Harabinovci, aj Drugáčovci,“ dodala, „všetci sú v rovnakej situácii ako my. Musíme niečo urobiť.“
Homza sa usmial, aby pôsobil sebavedome, zavesil klobúk a kabát na vešiak, v šine si prezul papuče za topánky a vyrazil do krčmy, kde sa už muži zhromažďovali.
I — Katastrofa
W wiosce Osturňa ziemia rozciągała się płasko we wszystkich kierunkach, bez wzgórz i dolin. Była ledwie na tyle żyzna, by wyrosła na niej trawa dla bydła, nie mówiąc już o ziemniakach czy cebuli. Mimo to mieszkańcy uprawiali swoje długie, wąskie poletka, wstając jeszcze przed świtem, by zająć się swoimi stadami, i ciężko pracowali aż do zachodu słońca. Życie zawsze było ciężkie, ale radzili sobie z tym — tak jak wcześniej ich ojcowie.
Kiedy nadeszła wiosna, zasiali warzywa, które miały ich wyżywić przez cały rok. Na pastwiskach wyrosła wysoka trawa i dzikie kwiaty. Po tak mroźnej zimie jasne słońce napełniło ludzi nadzieją.
Mimo to deszcze, które o tej porze roku zwykle były obfite, nie nadchodziły. Ziemia wyschła, a bydło błąkało się na skraju lasu w poszukiwaniu trawy. Kilka krów, które zabłądziły do lasu, nikt już nigdy nie widział. Mówiono, że zabrał je Veles, i to wystarczyło ludziom.
Dwa miesiące po sadzeniu nadal nie padało, choć słońce z każdym dniem prażyło coraz mocniej. Kiełki ziemniaków uschły w nieubłaganym upale. Pola spustoszały i pozostały na nich tylko te najbardziej wytrzymałe, najmniej jadalne rośliny — pokarm odpowiedni dla kóz.
„Perunie” — wołali wieśniacy — „nasze pola są suche, korzenie usychają, a bydło nie ma co jeść! Ześlij deszcz — błagamy cię!”
W Osturni mówiono, że gdy psy jedzą trawę, nadchodzi deszcz. Tego dnia psy rzeczywiście zaczęły skubać trawę wzdłuż drogi. Do wieczora zebrały się chmury i zaczęło padać — najpierw lekka mżawka, potem silna burza. Ludzie radowali się i tańczyli wokół posągu Peruna, wielbiąc jego imię.
Ale potem coś się stało — a raczej nie stało: deszcz nie przestawał padać.
Przez cały miesiąc padało codziennie, coraz mocniej. Pola zamieniły się w błotniste pułapki dla nieostrożnych krów i owiec. Ziemniaki i cebula gniły w ziemi; kapusta i ogórki na polach poczerniały. Trawa i polne kwiaty leżały przygniecione w błocie i żółkły. Tej zimy nie będzie co jeść.
Wśród tych, którzy obawiali się o swoją przyszłość, był też mężczyzna o imieniu Homza. Pewnego wieczoru cicho zwrócił się do swojej żony, by nie obudzić śpiących obok nich dzieci.
„Hanka, jestem pokonany. Prosiliśmy Peruna o dobre zbiory. Dał nam tyle słońca, że plony uschły, a potem tyle deszczu, że pola zamieniły się w błoto. Musimy spróbować inaczej.”
Homza zawahał się.
„Poprośmy raczej o pomoc Velesa.”
Jego żona, która przy stole szyła spodnie, zatrzymała się i nerwowo spojrzała na niego. Wiedziała o podstępach Velesa i o niebezpieczeństwie, jakie kryło się w słowach jej męża. Mimo to była równie zdesperowana jak inni.
„Czy może wyrządzić nam większe zło niż to, które już spowodował Perun?” — powiedziała cicho. „Mężu, zostały nam trzy ziemniaki i jedna kapusta. Dzieci są głodne, a owce na skraju śmierci. Tracę nadzieję.”
Próbowała się uśmiechnąć, ale jej usta drżały.
„Porozmawiam z innymi mężczyznami” — powiedział Homza. „Pójdziemy na skraj lasu i poprosimy Velesa o pomoc. Jeśli się zgodzi, może uda nam się ocalić wioskę.”
„Mężu, Závadkowie, Harabinowie i Drugáčowie” — dodała — „wszyscy są w takiej samej sytuacji jak my. Musimy coś zrobić.”
Homza uśmiechnął się, chcąc wyglądać na pewnego siebie, założył kapelusz i płaszcz, na sieni zmienił kapcie na buty i ruszył do karczmy, gdzie zbierali się już mężczyźni.